ONE ROOM CHALLENGE
Wnętrza

One Room Challenge – tydzień drugi.

 

Domowe biuro – obojętnie czy zajmuje mały kącik, czy tak jak u mnie całe pomieszczenie – musi spełniać kilka ważnych potrzeb. Mimo mojego zamiłowania do dziwnych, przesadzonych, kolorowych, wzorzystych i świecących rzeczy uważam, że podstawą jest funkcjonalność wnętrza, dopiero na jej szkielecie możemy myśleć o dekoracjach, stylu itd. Niby oczywiste, ale jak wiele osób zaczyna urządzanie od detali bez pomyślenia o podstawach? Najpierw wybiera kolor kanapy, która szybko okazuje się za mała?

Nie jest sztuką urządzić oszałamiające wnętrze w którym nie da się mieszkać albo takie  w którym po prostu nie chcemy przebywać. Dlatego uważam, że podstawą przy wszystkich domowych rewolucjach jest odpowiedz na pytanie jakie potrzeby ma spełniać pomieszczenie. Chwila zastanowienia nad tym jaki styl życia wiedziemy może znacząco ułatwić nam podjęcie kilku kluczowych decyzji. Ja na przykład bardzo lubię dość minimalistyczne i symboliczne miejsca do pracy – takie, które nie zdominują pomieszczenia. Tylko krzesło, mały blat i laptop albo komputer z jabłuszkiem. Jednak wiem, że takie rozwiązanie nie zda u mnie egzaminu.

Pokój, który spełnia u nas funkcję domowego biura jest również pokojem gościnnym, dlatego stoi tam kanapa. Jest też regał na książki i moja kolubryna 😀 oraz dwa biurka. Jedno większe, do zastosowań nazwijmy to praktycznych i drugie mniejsze, które służy jako… mebel na rośliny – zupełny bezsens. Blat z Ikea, który był moim miejscem pracy miał być rozwiązaniem chwilowym i… został na dwa lata. Ostatecznie stwierdziłam że jego czas już się skończył. Dlatego pierwszą rzeczą od której zaplanowałam przemianę pokoju były poszukiwania nowego biurka.

ONE ROOM CHALLENGE

 

Szukanie biurka, które spełnia moje wymagania trwało wieki. Pomimo sporego wyboru przez długi czas nie znalazłam takiego, które posiadało kilka ważnych dla mnie cech: jest drewniane, nie jest mniejsze od obecnego, posiada szuflady i półki, zmieści się w nim komputer stacjonarny (i będzie przy tym dobrze wentylowany – działający równocześnie Photoshop, 3ds max i 96 kart otwartych w wyszukiwarce zobowiązuje!). Odwiedziłam Ikea, przeszukiwałam katalogi rożnych producentów i nic nie spełniało moich wymagań, a jeśli jakieś biurko było interesujące, to w raczej szokującej cenie. Potem wpadłam na pomysł przerobienia obecnego blatu w duchu Ikea hacks. Już kombinowałam czy koziołki zamiast prostych nóżek będą spoko, jednak w myśl zasady, że najpierw funkcja porzuciłam ten pomysł, bo kompletnie nie miał sensu. Przeszukałam wzdłuż i wszerz OLX i zawsze coś nie do końca mi pasowało. Biurka z PRL były świetne, ale nie ukrywajmy niezbyt przystosowane do pracy przy komputerze, nowsze modele odstraszały mnie paskudną okleiną i dziwnymi nadstawkami, biurka – antyki porażały rozmiarami, była jeszcze grupa biurek symbolicznych o mikro rozmiarach i do pracy na stojąco…  W końcu postanowiłam podjąć męska decyzję i ostatecznie mój wybór padł na otwarte biurko z nieprodukowanej już serii Matteus z Ikea. Moja tęga rozkmina trwała do późnych godzi nocnych, a rano czekałam mnie niespodzianka, bo ktoś właśnie wystawił świeżego Mateusika za połowę ceny z poprzedniego ogłoszenia czyli całe 150 zł! Odebrałam go jeszcze tego samego dnia z całkiem zasłużonym poczuciem zwycięstwa.

 

ONE ROOM CHALLENGE

 

Biurko nie wygląda może imponująco, ale ma to, co dla mnie najważniejsze. Przede wszystkim jest w podobnych wymiarach co poprzednie, chociaż niektórzy z Was nie nazwaliby blatu… biurkiem, to dla mnie jego największym plusem była wielkość – sporo się na nim mieściło, z jednej strony pracowało się na komputerze, a z drugiej wycinało nowy pomysł DIY, starczyło na nim jeszcze miejsca na kilka roślin i kubek z herbatą. Matteus pozostaje jeszcze we w pełni drewnianej odsłonie, ale intensywnie nad nim myślę. Czekam jeszcze na wysoki regał, który będzie stał w sąsiedztwie i dopiero wtedy podejmę decyzję czy zostaje w takiej wersji czy go przemaluję.

„Moja kolubyna” – tak pieszczotliwie określam kredens kupiony dwa lata temu w sklepie ze starociami. Stał w zupełnie zapomnianej części w towarzystwie m. in. późniejszego bananowego regału. Chyba z powodu tej lokalizacji udało utargować się cenę na zawrotne 50 zł 😀 Kredens jak głosi naklejka pochodzi z 1963 r., a tym co mnie w nim zachwyciło jest piękna okleina orzechowa na drzwiach i jesionowa na nadstawce (nie ma jej na poniższych zdjęciach). Jest też bardzo pojemny – trzymam w nim prawie wszystkie przydasie i inne plastyczne szpargały, a mam tego sporo. Z zamiarem odnowienia kolubryny nosiłam się już od długiego czasu, od początku chciałam wykończyć ją politurą, co oznacza sporo dokładnego szlifowania. Niezbyt to zachęcająca perspektywa dlatego przeciągałam to w czasie, poza tym na pierwszy rzut oka mebel wyglądał ok. Jednak skoro podjęłam decyzję, to nie ma odwrotu! Cyklina w dłoń i jadę! Na szczęście lakier jest już dość stary i łatwo schodzi. Tak wygląda częściowo oczyszczony:

ONE ROOM CHALLENGE

 

Wracam do szlifowania, a Was zapraszam na następny odcinek, w którym pojawi się jeszcze jeden nowy mebel na którego czekam z niecierpliwością.

 

Pracownia Re

POZOSTAŃMY W KONTAKCIE.

Obserwując mój FANPAGE na facebooku będziesz na bieżąco i nie przegapisz żadnego nowego wpisu.

Na moim INSTAGRAMIE znajdziesz dużo kolorowych zdjęć.

Podobne